Magazyn Muzyka Recenzja 

“Tell Me How You Realy Feel” – u Courtney bez zmian.

Courtney Barnett nigdy nie była dla mnie artystką wybitną. Jasne, wiele utworów wybijało się ponad zwykłą przyzwoitość, jednak prawdziwą siłę Australijki stanowią koncerty. Surowy klimat i punkowe korzenie Courtney są bardzo wyraziste w sposobie wykonania z pozoru ułożonych i “wygładzonych” kompozycji. Co za tym idzie, najnowsze wydawnictwo również nie zwala z nóg. Nie zmienia to jednak faktu, że trzyma dosyć silny poziom poprzedników, a to się ceni.

Album otwiera przytłaczające “Hopefulessness” opierające się o konwencję znaną już Courtney – blues rocka. Tym razem jednak blues rock ten został spowolniony i doprowadzony do stanu w jakim chciałbym kiedyś usłyszeć na przykład “Small Poppies” – stanu dużo większej rezygnacji i apatii. Apatia oczywiście też jest emocją znaną muzyce wokalistki, czy to we wspomnianym “Small Poppies” czy też w “Depreston”. Ten charakterystyczny brak emocji objawia się przede wszystkim zupełnie zrezygnowanym śpiewem. Tradycja ta kontynuowana jest w dalszej części “Tell Me How You Realy Feel”, nawet pomimo zmiany stylistyki na bardziej indie/garażową.

Słowo “piosenka” nie jest tu przypadkowe – to właśnie pojedyncze utwory stanowią siłę każdego albumu songwriterki, nie zaś całość i poziom łączenia kawałków w spójne kompozycje. Kolejne płyty Courtney to bardziej zbiory dzieł z danego okresu niż przemyślane pod względem klimatu i stylu puzzle. Nie inaczej jest tym razem – “Hopefulessness”, “City Looks Pretty” oraz “I’m Not Your Mother, I’m Not Your Bitch” brzmią jak wyrwane z zupełnie innych bajek. Mimo, że same z siebie są świetnymi hitami to mają ze sobą mniej więcej tyle wspólnego co Melbourne z Jelenią Górą. Kolejnym grzechem płyty jest zdecydowana utrata rozpędu. Utwory od “Crippling Self Doubt and a General Lack of Confidence” w górę nie są w połowie tak chwytliwe i satysfakcjonujące jak pierwsza część albumu. Wyjątkiem jest tutaj “Help Your Self”, głównie za sprawą chwytliwego refrenu burzącego poczucie statyczności kompozycji.

Zalety artystki nadal jednak pozostają jej zaletami – teksty  jak zawsze trzymają wysoki poziom, przyciągając słuchacza do bliższego ich poznania. Zdolność Courtney do prowadzenia narracji w piosenkach zadziwia mnie już od czasów “Elevator Operator”, równając się ze świetnym wykorzystaniem wyważonego poczucia humoru (patrz: “Pedestrian at Best”). Na najnowszej płycie nie zawodzi narratywne “City Looks Pretty” opowiadające historię emocji artystki. Nie zawodzi też feministyczne “Nameless, Faceless” przedstawiając naprawdę silne argumenty w bardzo przystępny i obrazowy sposób.

I tak oto mija kolejny rok w karierze Australijki, karierze przebiegającej bez większych zaskoczeń, ale i bez zawodów. “Tell Me How You Realy Feel” jest dobre, ale nic więcej. Trochę szkoda, ale nie mam z tego powodu żadnego żalu. Mocne strony pozostały mocnymi, słabe słabymi, a tych pierwszych jest zdecydowanie więcej. Nie wykluczam, że perspektywa usłyszenia takiego “I’m Not Your Mother, I’m Not Your Bitch” na żywo sprzeda mi w przyszłości bilet na Open’era czy innego Off’a.

 

 

Related posts

Leave a Comment