FILM Magazyn Recenzja 

Ta rzadko spotykana, niepochlebna recenzja “Naszego Czasu” Carlosa Reygadasa

Uwielbiam autorskie kino niezależne za tę niezwykłą zdolność polaryzacji widowni. W każdym aspekcie sztuki, dzieła bardziej kontrowersyjne i wymykające się ogólnie przyjętym konwencjom budzą (często silnie emocjonalne) dyskusje. Do podobnego poruszenia doszło w 2012 roku, na festiwalu w Cannes, z którego Carlos Reygadas wyjechał ze Złotą Palmą za najlepszą reżyserię. “Post Tenebras Lux’ – intrygująca, na wpół oniryczna, lawirująca gdzieś między horrorem a dramatem rodzinnym, wiwisekcja rozpadającego się małżeństwa także podzieliła w odbiorze polską krytykę i widownię. Meksykański reżyser po ośmiu latach powraca z nowym filmem i ponownie separuje publikę na dwa skrajne obozy.

Nie sposób odbierać nowe dzieło Reygadasa, nie patrząc się na jego wcześniejszy film. Obranie bliźniaczo podobnej tematyki rozpadu matrymonium wręcz zmusza widza do licznych porównań. Pojęcie “Rodziny” w “Nuestro tiempo” nie zostaje jednoznacznie określone. Otwierająca sekwencja wskazuje wielorakie znaczenie słowa “wspólnota”. Reżyser wpierw pokazuje zabawy i harce dzieci, później leniwy wypoczynek podnieconej młodzieży, by na końcu ukazać główne miejsce akcji dramatu – ranczo Juana i Esther. Ich osoby, jak soczewka, skupiają w sobie ducha każdej ukazanej w filmie formy społeczności. Podczas, gdy w “Post Tenebras Lux” rozpad ujawniał się na przestrzeni fabuły, tak tu Reygadas skazuje swoich bohaterów na niepowodzenia, praktycznie od samego początku. Pokazując małżeństwo, jako otwarty związek odkrywa karty i pozwala obserwować rozwój i prawdopodobną destrukcję tej relacji. 

Sam film wydaje się mieć bardzo personalny wydźwięk. Obranie domu reżysera za miejsce akcji, wcielenie siebie, żony i dzieci w role członków rodziny niewątpliwie stymulowały twórczo Meksykanina, który dobrze przedstawił intrygujący konflikt moralny. Romans Esther z przyjezdnym Amerykaninem skutkuje decyzją o otwartej formie związku, która wydaje się być jedynym rozwiązaniem utrzymania jedności małżeństwa. Juan mąż i Juan poeta doświadczają wewnętrznego rozdarcia. Pierwotna zazdrość miesza się z rozbudzeniem artystycznych inspiracji. Ciekawy jest również sposób ekspresji emocji artysty, który często zamiast trudnej rozmowy w cztery oczy wybiera wiersz lub email. To wniknięcie w psychologię (siebie samego?) jest najlepszym i najsilniej oddziałującym aspektem obrazu Reygadasa i obawiam się, że jedynym…

Ten wyjątkowo interesujący koncept jest czymś, co także wciąga reżysera pod wodę. Historia stworzona z niedopowiedzeń, nieporozumień i braku umiejętności artykulacji swoich uczuć powinna zostać oparta na subtelnym obnażeniu poprzez dialog i symbol. Meksykanin znajduje rozwiązanie tego problemu w bezpośredniej ekspozycji w postaci np. długiego monologu, maila, czy nawet… narracji z offu. Ten “obcy głos”  niweczy, w moim uznaniu, całą potencjalną dramaturgiczną  moc filmu. To, co widz mógłby sam wywnioskować zostaje dopowiedziane przez dziecięcy szept. Ilekroć lepiej byłoby obserwować same łzy Juana bez “audiodeskrypcji”? Możliwe, że urozmaicenie technik narracyjnych było eksperymentem, lecz w moim odbiorze nieudanym. 

Symbolika nie rekompensuje jednak tej bezpośredniości ekspozycji, a w ostatecznym rozrachunku jest ona równie niekorzystna dla obrazu. Sceneria rancza pozwoliła Reygadasowi wpleść dużo scen, w których próbuje przenieść napięcia małżeńskie na zwierzęce zachowania stada byków. Można tu mówić moim zdaniem jedynie o próbach, ponieważ są one bardzo oczywiste, płytkie i nachalne. Stojący w kontrze “Post Tenebras Lux” intrygował od samego początku neonową sylwetką diabła. Reygadas pozostawiał ten satanistyczny, straszny element niedopowiedzeniu, dzięki czemu zmuszał widza do wysiłku intelektualnego.

“Nuestro Tiempo” mogło być wyjątkowym obrazem wiwisekcji małżeńskiej,  ukazującym problematykę bardzo “szeroko”, lecz z dbałością o emocje i detale. Reżyser Dobrze analizuje zachowania i relacje. Konsekwentnie obnaża charaktery wydobywając z nich pierwotne słabości, ale sposób opowiedzenia tej historii i zastosowane środki wyrazu spłycają ją i czynią bardziej trywialną. W pełnej otwartości rozmów zabrakło rohmerowskiej, niebanalnej  szczerości, jak i  elementów niedopowiedzenia, które tak świetnie wybrzmiewały w poprzednim filmie Meksykanina. “Nasz czas” pozostaje zatem imponującą próbą stworzenia bezkompromisowego filmu, perły neomodernizmu, o specyficznym konflikcie małżeńskim, którą niweczy narracja i licha symbolika.

Related posts

Leave a Comment