You are here
Kino Magazyn 

Odświeżenie zabrudzonej perły – recenzja filmu „Nadzy” Mike’a Leigh’a

„Nadzy”, arcydzieło Mike Leigha, po 25 latach jest niemalże filmem zapomnianym, a przynajmniej nieobecnym. I szkoda, bo mimo poruszania tematów powtarzanych i mielonych przez kino dosyć często (chociażby tegoroczny laureat złotej palmy „Ja, Daniel Blake”), to jednak stanowiący pewnego rodzaju może nie nową jakość, ale na pewno odpoczynek od powtarzalnych i tanich produkcji.

Zastany we wszechobecnej biedzie protagonista (geniusz nad geniusze David Thewlis) to filozoficzny don juan, obdarty z galanterii substytut włoskiego mistrza Mastroianniego. A i krajobraz podobny – zamiast gorącej Italii co prawda zimna Anglia, zamiast wesołych bogatych włochów z Felliniego raczej prostytutki i pijacy, niemniej ludzie równie skorzy do egzystencjalnych obnażań, (oczywiście po kilku głębszych). Świat zastany różni się znacznie od tego, który możemy obserwować w obecnym kinie – brud, uliczni biedacy przesyceni krzywymi spojrzeniami nie są tymi samymi żebrakami co zwykle. Leigh nadaje im wszystkim poetyckiego wymiaru, obdziera z człowieczeństwa nie tylko w kontekście naturalności, ale i społecznych zachowań. To świat pozbawiony manier, to świat akceptujący własne ograniczenia, to świat wyzbyty błagania o lepsze jutro i rozpaczliwego ciągnięcia za nogawkę. Reżyser świadomie rezygnuje z pójścia na skróty, przedstawia postacie żyjące w trudnych warunkach, ale narzuca im akceptację własnej doli, tym samym zmuszając do czerpania radości i smutków w innych miejscach. Wybory są więc podyktowane jedynie tym; znalezieniem szczęścia i zaspokojenia, zapomnienia na moment o perspektywie permanentnej powolnej agonii, warunkach życiowych czy braku siły. Seks jest przesycony przemocą i walką o dominację, staje się wyniesioną z ulicy manifestacją siły i równie wyzbytym emocji aktem fizycznego zaspokojenia, co w „Kapryśnej Chmurze” Ming-liang Tsaia.

W tym wszystkim równie przeżyty przez życiowe niepowodzenia domorosły bezdomny filozof. Wałęsając się po mieście, szukając szans na darmowe jedzenie, ciepły kąt czy szybką kąpiel Thewlis zawstydza przenikliwością, gorzką zdolnością obserwacji i wyciągania wewnętrznych ludzkich frustracji. I pomimo całej jego bucowatej aury, całkowicie zatracamy się w jego szybkim potoku długo mielonych przemyśleń i wulgarnych rozpraw. Jest w nim ogromna doza krzywdzącej mizantropii, nikt jednak jak on nie wyciąga na światło dzienne kondycji człowieka współczesnego, dementując jego życiowe pewności, spychając w otchłań lęku i braku stabilności. Dotkliwymi monologami kąsa każdą mijaną przez siebie osobę, niezależnie od związków, intencji czy zależności między nimi. I jest to w tym wszystkim ogromnie ciekawa i intrygująca postać, choć pełna sprzeczności – mówiąc wciąż o bólu braku uczuć odrzuca każde, które do niego przychodzą. Manifestuje swoją niezależność względem świata i społeczeństwa żyjąc z ciągłej uprzejmości przyjaciół-masochistów, zagubionych w sytuacji, speszonych jego obecnością i manierą. I można by to wszystko przyrównać do „Stroszka” Herzoga, tyle że istnieje jednak między nimi drobna różnica. Herzog w swoim dziele ukazuje ludzi załamanych światem, który okazał się być inni, niż sobie wyobrażali. W „Nagich” Leigha, bohaterowie swoje załamanie ukrywają serią nerwowych uśmiechów, ale to też zupełnie innego rodzaju załamanie, bo załamanie życiem i to życiem po prostu, niezależnie od jego stanu czy pozycji. Bo istnieje tu przecież postać bogatego, przystojnego, dobrze ubranego mężczyzny, który pozornie różni się od całej zgrai biednych nihilistów, ale pode wszystkim jest tak samo nieszczęśliwy i tak samo nieludzki. I mimo zimna, bólu i rozczarowań film Leigha wcale nie jest w tym wszystkim przytłaczający, a to za sprawą inteligentnie wplecionej chłodnej groteski, zwłaszcza w wypowiedziach protagonisty w dziurawym płaszczu.

„Nadzy” mieszczą się świetnie w konwencji kina drogi, choć to droga obdarta z początku i końca, droga przez całe życie wąskimi uliczkami śmierdzącymi moczem, zmęczeniem, ubogimi natomiast w satysfakcję. W tym pijackim tangu rodem z „Pętli” Hasa brakuje na całe szczęście osądzania i wytykania palcem. Leigh daleki jest od odciążania odpowiedzialnością państwa, systemu czy biurokracji. Każdy jest sam, każdy jest sobie winny i każdego czeka w końcu kara za przeszłe grzechy, niezależnie jak daleko ucieknie.

Related posts

Leave a Comment