Kino / Teatr Magazyn 

Panie pilocie, wypie*dalaj! – recenzja filmu „The Florida Project”

Zdaje się, że nie ma nic bardziej ironicznego w „The Florida Project” niż wypełnienie codziennym brudem pastelowych zamków na peryferiach Disneylandu. Wewnątrz pozornie sterylnych brył jakby bezpośrednio wyrwanych z dziecięcych marzeń aż lepi się od hedonistycznego braku powagi i stabilności. Na całe szczęście poza społecznymi chorobami młodych dorosłych, w kiczowatych hotelowych pokojach mieszkają także rozbrykane, kochające otaczającą je rzeczywistość dzieci, a przed sobą mają tygodnie wakacyjnej posuchy.

Sean Baker rewelacyjne poradził sobie z grożącym mu już na samym początku nazbyt dramatycznym potraktowaniu tematu. Obierając sobie za filmowych protagonistów kilkuletnich uroczych wandali i przetwarzając emocjonalnie zaśmiecony krajobraz przez zakrzywioną percepcję ich różowych okularów, udało mu się jednocześnie przedstawić problem w całej swojej zawiłości i nie opowiadać się po żadną ze stron. Jego Floryda jest wewnętrznie sprzeczna; jednocześnie odrealniona i boleśnie prawdziwa, mierząca się z tysiącem problemów, a przy tym permanentnie radosna, rodzinna i nieprzystosowana do budowania jakichkolwiek trwałych relacji. Zamiast odpowiedzialnego spokojnego życia wybiera narkotycznie wspomagane funkcjonowanie z dnia na dzień, a do moralnych kodeksów stosuje się w zależności od obecnej sytuacji. Wyprana z jakichkolwiek autorytetów nie radzi sobie z wychowaniem kolejnych pokoleń, w związku z czym oplute samochody i spalone domy traktuje raczej z uśmieszkiem podziwu dla dziecięcej kreatywności, niż srogim rodzicielskim rozgoryczeniem. Wynikiem tego jest wakacyjne zagubienie, a pogłębiona przez dodatkowy brak uwagi i zainteresowania zamienia się w bezstresową samowolkę – wzorce zapożyczone od niewłaściwych modeli skutkują przeniknięciem do savoir-vivre pieniężnych wyłudzeń i pojedzeniowego bekania. W filmie Seana Bakera stanowią właściwie humorystyczny element uzupełnienia tła i charakteru młodych bohaterów, ale w przyszłości doprowadzi pewnie do zepchnięcia uroczych nieobytych pociech na społeczny margines. I choć jesteśmy świadomi tej dołującej perspektywy, film robi wszystko by nas od niej odciągnąć barwnością przedstawionego świata w identyczny sposób w jaki robią to lunaprakowe atrakcje.

Warto podkreślić z jaką pieczołowitością reżyser portretuje tutaj Stany Zjednoczone klasy B. Naturalny bezpretensjonalny klimat jest tu chyba jeszcze lepiej wyczuwalny niż w „Mandarynce”, bo budowany jest nie na wielkich emocjonalnych dramatach, a na nietworzących konkretniejszej fabuły scenkach z życia, stanowiących obraz pełnej wrażeń zepsutej codzienności. Niemalże jak we „Wszystkich nieprzespanych nocach” Michała Marczaka bohaterowie przywiązują podobną wagę permanentnej wyprowadzce najlepszego przyjaciela i zawodom w pluciu na odległość. Wszystkie te sceny budują finalne poczucie sielskiego odprężenia i niesamowicie wyraźnie przywołują obraz wspomnień z lat, gdy patyk pełnił rolę miecza, a każda najmniejsza niecodzienność była źródłem ogromnej fascynacji. Filmowi bohaterowie, choć mają swoje za uszami, przyciągają swoją niewinnością. Niewinnością nie w sensie grzecznego i potulnego funkcjonowania, a prędzej błogiej dziecięcej nieświadomości. W brudnym świecie Bakera to właśnie ta niewinność pozwala im (a także widzom) nie dostrzegać większości bólu wynikającego z życia na biednych, disneylandowych obrzeżach. Nie przeżywamy dziejących się gdzieś z boku problemów finansowych, kradzieży i prostytucji, bo największym bólem jest ten dzielony z filmowymi protagonistami, który finalnie nie zostaje nawet wypowiedziany. Pragnienie wycieczki do krainy Myszki Miki krąży w krwiobiegu dzieci tak głęboko, że każda myśl i każda nadzieja na jej spełnienie jest równoznaczne z towarzyszącym smutnym uśmiechem największego cierpienia. I w obliczu tego właśnie podejścia niesamowite jest, że to właśnie dzieci okazują się być najdojrzalszymi bohaterami „The Florida Project”. Bo w odróżnieniu od ich nieradzących sobie z brutalną cukierkową rzeczywistością rodziców, protagoniści znają doskonale swoje miejsce na amerykańskiej społecznej piramidzie. Gdy pewnego dnia uda im się dostać na restauracyjną kolację, pomiędzy kolejnymi gryzami homara popłyną w końcu najszczersze łzy radości. Łzy, których każdy na kinowej sali powinien zazdrościć.

ocena: 9/10

Related posts

Leave a Comment