Kino Magazyn 

WSZYSTKO, TYLKO NIE TO – RECENZJA FILMU „PONAD WSZYSTKO”

Gdzieś w zalewie hollywoodzkich ekranizacji popularnej literatury dla młodzieży, między adaptacjami książek Johna Greena i Nicolasa Sparksa, znalazło się miejsce na kolejny film o dorastaniu, miłości i chorobie, „Ponad wszystko” na podstawie powieści Nicoli Yoon. Czyżby była to tysięczna wariacja na ten sam temat, przebiegle wykorzystująca podatność nastolatek na rzewne opowieści?

Maddy (Amandla Stenberg) zdaje się być zwyczajną nastolatką – ma bujną wyobraźnię, bujną fryzurę, ukochane książki na półce i internet, w którym czasem ogląda śmieszne filmiki z kotami. To, co ją jednak silnie wyróżnia, to fakt, iż całe swoje życie spędziła zamknięta w domu. Inaczej niż w „Pokoju” Lenny’ego Abrahamsona dziewczyna ma świadomość świata na zewnątrz – alienacja wynika z cierpienia na zespół SCID. Ta rzadka choroba upośledzająca układ odpornościowy sprawia, że Maddy może zabić dosłownie wszystko. Dlatego całe swoje osiemnastoletnie życie spędziła w domu, kontakt ze światem ograniczając do matki, pielęgniarki oraz widoku za oknem. Lecz gdy ujrzy tam przystojnego chłopaka (Nick Robinson), zamknięta przestrzeń nagle stanie się nie do zniesienia, a internet już nie wystarczy za medium.

To, co rzuca się silnie w oczy już na początku, to skrótowość. Mimo, że z książką nie miałem styczności, non stop zdawało mi się, że oglądam telegraficzny skrót czegoś, co zapewne w pierwowzorze znalazło odpowiednie rozwinięcie. Są tu postaci, które ledwie nam migną na ekranie (przyjaciółka protagonistki, druga pielęgniarka czy siostra chłopaka), całkowicie niedookreślone wątki (sytuacja w jego domu, wypadek ojca i brata Maddy), a historia bohaterki, jej choroby i sytuacji, w jakiej się znajduje, zostaje upchnięta w pierwszych dwóch minutach filmu, a do tego przedstawiona w formie monologu wewnętrznego. Żadna z postaci nie posiada jakiegokolwiek choćby zalążka charakteru i jedyne, co określa ich stan i nastawienie, to wesoła lub smutna mina. Na szczęście główni bohaterowie uśmiechają się do siebie w uroczy sposób, a do tego są idealnie piękni, więc ogląda się to i tak całkiem przyjemnie.

Mówiąc o „Ponad wszystko” nie sposób nie odwołać się do „Gwiazd naszych wina”, ku mojemu zaskoczeniu za lepszy uznając wbrew wszelkiej niechęci ten drugi. Posiadał on, mimo głupot i ogólnej ckliwości, wyrazistych bohaterów, o konkretnym spojrzeniu na świat i planach. W ekranizacji prozy Yoon próżno tego szukać – wiemy tylko, że nastolatkowie są w sobie zakochani, chcą ze sobą przebywać i… że lubią czytać. Choć, jak to zwykle bywa w filmach dla młodzieży, fakt ten zostaje po prostu wyłożony i nie wynika z tego nic więcej – nikt o konkretnych książkach nie rozmawia i nigdy się do nich nie odwołuje. Chyba, że komuś myślnikowe wspomnienie o „Władcy much” czy wplecenie w kilka zdań bohaterki wyświechtanych motywów z „Małego Księcia” całkowicie wystarczy.

Na całe szczęście aktorsko film stoi na więcej niż przyzwoitym poziomie, a Stenberg i Robinson ewidetnie czuli się dobrze w swoim towarzystwie, dzięki czemu nawet puste słowa, którymi „Ponad wszystko” jest wypełnione, brzmią wiarygodnie i finału opowieści wypatruje się z ciekawością, a nie znudzeniem. Zdecydowanie gorzej się robi, gdy to faktycznie nadchodzi. To, co nas spotka w ostatnich minutach filmu, nie tylko powinno zmienić całe nasze postrzeganie prezentowanej historii, ale również sprowokować do zadania wielu istotnych pytań, na które twórcy jednak nie zamierzają odpowiadać. Ignorują bodaj najważniejszy z podejmowanych tematów, starając się za wszelką cenę pozostać w ramach bezpiecznej opowiastki dla młodzieży. Wybierając leniwą intelektualnie drogę, narażają się w ten sposób na podobną krytykę, jaka napotkała „Pasażerów” Mortena Tylduma. W obu pozycjach mamy bardzo istotny dylemat moralny, który jednak zostaje potraktowany z niebywałym lekceważeniem, gdzie twórcy uznają widza za idiotę, który sam go nie dojrzy, zaaferowany łopatologicznie wyłożonym romansem z pierwszego planu.

Film Stelli Meghie jest niekryjącą się ze swoją płytkością letnią propozycją na randkę licealistów, mogącą dla żeńskiej części stanowić niezobowiązujący powód do wzruszenia. Pełen nielogiczności i niewypełnionej pustki, jest w stanie spełnić swoją funkcję z powodzeniem. Młodzi aktorzy o instagramowych fizjonomiach przytulają się, wpatrzeni w siebie maślanymi oczami, w tle przygrywa modna, alternatywna muzyczka, a fajerwerki rozbłyskują niebo. Chłopak zapewnia swoją wybrankę, że „myślenie jest przereklamowane”. Jeśli sądzicie podobnie, koniecznie wybierzcie się do kina.

Ocena: 3/10

Zobacz film w Cinema City.

Related posts

Leave a Comment