Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

„303. Bitwa o Anglię”: Zmarnowana okazja

Nie ma chyba bardziej interesującej, a na pewno bardziej chwalebnej karty polskiego udziału w II wojnie światowej na Zachodzie. Dywizjon 303 miał niezwykle istotny udział w odparciu niemieckiej ataku na Wielką Brytanię w trakcie tzw. Bitwy o Anglię – historia stworzona na film. Niestety, nawet przy widocznych dobrych chęciach, twórcom „303. Bitwy o Anglię” zwyczajnie zabrakło środków, w tym finansowych, na zrobienie dobrego filmu.

Nie jest to paździerz w stylu „Bitwy pod Wiedniem”, która okazała się być jednym z najbardziej kuriozalnych „dzieł” o polskiej historii jakie kiedykolwiek wypuściła nasza kinematografia. David Blair starał się bowiem jak mógł, żeby ta prezentacja jakoś wyglądała, kiedy Renzo Martinelli po prostu puścił wodzę fantazji. W „303…” nie ma tego memicznego potencjału, choć niestety są elementy, które zapewne pozostaną w sercach, a bardziej w brzuchach zmęczonych od śmiania widzów na długo. Przynajmniej trzy takie elementy trzeba wskazać.

Jeden to dubbing, którym okraszona została postać Jana Zumbacha, granego przez znanego z „Gry o tron” Iwana Rheona. Niestety w tym temacie nie udało się po prostu nic – Rheon mówi jedno, polski dubbing drugie. Aktor, który podkłada głos pod Rheona pudłuje niczym polska gwiazda „śpiewająca” z playbacku. Sam Rheon też nie jest lepszy, bo kiedy mówi po angielsku brzmi bardziej jak Hrabia Drakula niż jak typowy Jan Kowalski.

To będzie ten drugi element. Trzecim są sceny lotnicze, przy których widać najlepiej czego głównie w tym filmie zabrakło – pieniędzy. Na efekty, na porządne samoloty, na zdjęcia samolotowe. Nie pomaga też muzyka, która zamiast dodawać napięcia i opisywać w sposób interesujący wydarzenia, bardziej wytrąca widza z równowagi, do której sam stara się dojść. Choć idzie mu słabo, kiedy przypomni sobie co przy takich sekwencjach robili Christopher Nolan, Hoyte Van Hoytema i Hans Zimmer w „Dunkierce”.

Szkoda, że Marcin Dorociński dostaje w tym filmie całe 3,5 sceny, bo jest w nich naprawdę dobry. Szkoda, że Milo Gibson marnuje się w tym filmie jako John Kent. Szkoda, szkoda, szkoda. Szkoda pieniędzy.

 

Ocena: 3/10

Related posts

Leave a Comment