Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

I odpuść nam nasze winy – recenzja filmu „Kler”

Wojtek Smarzowski ostatnimi czasy nie próżnuje i wprowadza kolejny film do kin, wzbudzając Klerem prawdopodobnie największe zainteresowanie. Delikatnego przedsmaku tego, co nas czeka, można upatrywać się w krótkometrażowej produkcji Ksiądz. Polski reżyser pozostaje wierny swojemu stylowi, który zaprezentował w Drogówce i Pod Mocnym Aniołem – snując pesymistyczną wizję społeczeństwa i poszczególnych warstw zawodowych, nie siląc się zanadto na choćby promyk nadziei. Zwolennicy, a przede wszystkim przeciwnicy najnowszego obrazu Smarzowskiego, przyczynili się do niebywałego rozgłosu filmu, który, kto wie, ma realną szansę nie tylko przebić box office przyciągającego do kin dwa lata wcześniej Wołynia, ale zdecydowanie go poprawić.

Narracja Kleru prowadzona jest w taki sposób, aby jednocześnie ukazać widzom trzy główne postacie, ale również bohatera zbiorowego, którym jest tytułowy kler. Mamy zatem niezwykle silnie zarysowane tło społeczne i jak przystało na Smarzowskiego wpływa ono na protagonistów, zwykle w negatywny sposób. Za wiodącą postać uznać należałoby księdza Andrzeja Kukułę (granego przez Arkadiusza Jakubika), którego historia skupia się na traumatycznych wspomnieniach z dzieciństwa oraz problemie pedofilii. Dodatkowo jego losy splatają się z poczynaniami księdza Lisowskiego (w roli tej Jacek Braciak) i w zdecydowanie mniejszym stopniu księdza Trybusa (Robert Więckiewicz). Ostatnia z sylwetek została wyraźnie na uboczu, choć i ten zarysowany wątek – problemu z alkoholizmem i innymi ludzkimi słabościami – jawi się jako interesujący. Tymczasem księdza Lisowskiego scharakteryzowalibyśmy raczej jako czarny charakter, choć reżyser (będący również współscenarzystą) nie pozwala sobie na proste sięgnięcie po czarno-białe barwy.

Więc właśnie – czy najnowszy film Smarzowskiego jest faktycznie tak kontrowersyjny jak rysują to środki masowego przekazu? Można by powiedzieć: i tak, i nie. W pierwszej kolejności – dla widzów zaznajomionych z twórczością reżysera oglądany obraz będzie dość znany. Artysta wielokrotnie przeprowadzał już wiwisekcję społeczeństwa, a precyzyjnie mówiąc – na jego wycinku. Wręcz posunąć można byłoby się o krok dalej i zarzucić, że jest to, potocznie mówiąc, wałkowanie tego samego tematu i to w sposób zbyt łopatologiczny (którego by nie powstydziła się Małgorzata Szumowska). Smarzowski pielęgnuje swoje kino rezygnacji, mocną kreską rysując pozbawioną nadziei subiektywną rzeczywistość. I choć tło społeczne jest niezwykle wyraźne, to wciąż w jego obrazie doszukiwać się można uniwersalności – jak przykładowo poszukiwanie źródła zła, które kiełkuje w człowieku, aby doprowadzać do wszelkiego rodzaju nieszczęść. A nawet jeśli w Klerze pojawia się cień humoru, nie można nie zauważyć, że humor ten albo jest szubieniczny, albo śmiechem przez łzy. W filmie pojawia się również ciekawy paradoks – jednocześnie ukazana jest marność jednostki w stosunku do systemu, który pochłania resztki człowieczeństwa, nakazując bezwzględną poddańczość, a równolegle jeden człowiek o dostatecznie wysokiej pozycji manipuluje całym układem bez większych trudności. Oczywiście, jak na tego reżysera przystało, wizja obiecująca lepsze jutro to kwestia poboczna, a o wiele mocniej zostały zaznaczone niewielkie szanse na jakiekolwiek zmiany. Nawet w przypadku podjęcia kroków celem zmiany swojego otoczenia główny bohater zdaje się być z góry skazany na porażkę.

Kler to świetna obsada aktorska, z której na największe słowa uznania zasługuje Arkadiusz Jakubik. Wprawka po Księdzu z pewnością wyszła mu na dobre – w pełnym metrażu nie tylko w punkt oddaje rozterki swojego bohatera, ale przede wszystkim pozostaje przy tym w pełni autentyczny. Więckiewicz, Braciak, Gajos – każdy z nich dołożył kawałek siebie oraz swój kunszt, co w ostatecznym rozrachunku składa się na emocjonujące widowisko złożonych charakterów.

Wojtek Smarzowski znów serwuje widzom solidny obraz, który pozostawi ich po napisach w paskudnym nastroju. Z filmami tego reżysera jest trochę tak jakby przypomnieć sobie najgorsze chwile swojego życia – przeżywamy swoiste wymuszone katharsis, ale tego właśnie chcemy. Zło u Smarzowskiego jest nieuniknione: wynika z grzechów poprzedniego pokolenia, z którym ta nowa generacja jest zaznaczona, ale co więcej – przekazuje je dalej. Niekończące się koło ludzkiej zagłady. Dlaczego mielibyśmy upiększać rzeczywistość? Twórca pokazuje nam świat, takim jaki jest, a jest zły, oraz charaktery ludzi, a one potrafią być paskudne. Naturalnie skwitować można, że stanowi to przerysowanie, robienie z przysłowiowej igły widły, jednak nie sposób odmówić Smarzowskiemu, że potrafi – przedstawiając rzeczywistość – wykreować intrygę, która przykuwa uwagę przez ponad dwie godziny.

Ocena: 7,5/10

Related posts

Leave a Comment