Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Say my name – recenzja filmu „Shazam!”

Kino superbohaterskie na poważnie rozgościło się pośród innych produkcji i prawdopodobnie nikt już sobie nie wyobraża miesiąca bez choćby jednej premiery opowiadającej losy nadludzko uzdolnionych herosów. Co ciekawe, same filmy superbohaterskie zaczęły dzielić się na podrodzaje, a tym samym w coraz bardziej świadomy sposób twórcy wpadają w wytwarzające się ramy danej kategorii obrazu. Powolnie zaczęto odchodzić od typowych patetycznych postaci ratujących świat, na rzecz między innymi czarnoskórych herosów, silnych kobiecych sylwetek, czy młodych bohaterów, którzy zmagają się zarówno z mocami, jak i okresem dorastania. Shazam! w reżyserii Davida F. Sandberga wpisuje się w tę ostatnią podkategorię, kontynuując niejako kierunek wyznaczony przez Spider-Man: Homecoming.

Billy to zwyczajnie nadzwyczajny chłopak z typowo niecodziennymi problemami. Rozbita rodzina, problemy z szkole, młodzieńczy bunt – niejako problemy bohater są bolączkami każdego z nas. Zbieg okoliczności sprawia, że natrafia on na starożytnego czarodzieja, który obdarza nastolatka supermocami. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Billy nie zasłużył na takie wyróżnienie, jednak szybko okazuje się, że walka z super-złoczyńcą jest tak naprawdę pretekstem, aby zmierzyć się z trudami codzienności.

Można byłoby w pierwszej chwili przyrównać Shazam! do Deadpool’a, tylko skierowanego do młodszej kategorii wiekowej. Twórcy zgrabnie manewrują pomiędzy kinem familijnym, a lekką komedią, dodając do tego jednoznaczne przesłanie, które niesie ze sobą historia głównego bohatera. Manewrowanie wiekiem głównego bohatera pomiędzy jego nastolatetnią a jego dorosłą wersją w stroju Shazama sprawiają, że niezależnie od wieku odbiorcy produkcja Sandberga dostarczyć może satysfakcji. Naturalnie, fabuła jawi się jako niezwykle prosta, bez szczególnych plot twistów, a gdyby całość pozbawić dozy humoru, to po prostu byłaby nudna. Jednakże Shazam!, odwołując się do dziecka, które drzemie w każdym z nas, bawi, a po części nawet i angażuje.

Dobry seans przede wszystkim gwarantuje trio aktorskie: Zachary Levi (jako Shazam), Asher Angel (w roli Billy’ego) i Jack Grazer. wcielający się w postać Freddy’ego – przyjaciela nastolatka. Bez dwóch zdań Levi w punkt wpisuje się w obraz niedojrzałego trzydziestolatka, który odkrywa swoje supermoce, ciesząc się przy tym jak dziecko. Akompaniuje mu Grazer – młody aktor naturalnie wypada zarówno w scenach szkolnych, gdy zmaga się z anty-popularnością, jak i scenach walki ze złem. Postacie za sprawą odtwórców ról, co najważniejsze, są bardziej ludzkie, a pierwiastek herosa nie definiuje ich i nie zabiera im (nawet jeśli lekko powierzchownie wykreowanej) osobowości, przez co stają się bliższe odbiorcy. Wychodzi na to, że da się zrobić kino superbohterskie bez wypełniania całej sali kinowej nieznośnym patosem.

Nie będzie przesadnym stwierdzenie, że na seansie Shazam! naprawdę można miło spędzić czas. Oczywiście nie oczekujmy zmyślnej fabuły czy przesadnie rozbudowanych portretów psychologicznych bohaterów – wszystko jest tu proste, a zastosowana miarka na czarne i białe niweluje jakiekolwiek wątpliwości. Mimo wszystko na produkcji Sandberga czas się nie dłuży, bowiem co nuż przeplatają się sceny wypełnione akcją, humorem albo dwoma tymi elementami jednocześnie. Sztampowa historia wzbudza o wiele więcej sympatii u widza, niż niepotrzebne patetyczne gadki, choć i Shazam! nie ucieka od wyświechtanych tekstów odnoszących się do wartości, jaką jest rodzina.

Ocena: 6,5/10

Related posts

Leave a Comment