Kino / Teatr 

Ameryka opuściła stolicę Dolnego Śląska

Druga edycja młodszego z festiwali Romana Gutka zakończyła się. Z jednej strony sukces – festiwal staje się powoli tradycją wrocławskiego życia kulturalnego, sprawdzona publiczność nowohoryzontowa już go zaakceptowała, ale też udało się zgromadzić wielu nowych widzów. Problemem drugiego American Film Festival nie była więc frekwencja, a niezachwycający program projekcji.

Zaczęło się od „Czarnego konia”, który jak zaznaczyłem w poprzednim tekście nie był filmem udanym. Nie był też niestety filmem najgorszym, który dane mi było się obejrzeć. Skoncentrowałem się głównie na sekcji konkursu filmów dokumentalnych oraz na dwóch cyklach pozakonkursowych: Highlights oraz retrospektywie Billy Wildera. Dlaczego dokumenty a nie fabuły? Z doświadczenia pięciu Nowych Horyzontów wiem, że konkursowe fabuły często pozostawiają bardzo wiele do życzenia w kwestii formy, tematu, realizacji, aktorstwa – generalnie wszystkiego. Wolałem więc skupić się na dokumentach, które co do zasady dużo trudniej udziwnić formalnie oraz tematycznie. Niestety konkurs American Docs mocno zawiódł. Wszystkie filmy, które udało mi się obejrzeć pozostawiły mnie mocno obojętnym. Żadnego nie określiłbym mianem wybitnego czy chociażby bardzo dobrego. Było kilka filmów dobrych lub niezłych, wśród nich na przykład zwycięzca festiwalu „Sing Your Song” o fascynującym, choć kompletnie nieznanym w Polsce człowieku Harry’m Belafonte czy „Marwencol”, historia człowieka, który po bardzo poważnym wypadku stara się wrócić do normalnego życia, a a formą terapii staje się dla niego kreowanie świata zwanego Marwencol. W filmie tym oglądamy bardzo ciekawe studium powrotu do normalnego życia poprzez szeroko rozumianą sztukę – fotografię, architekturę. Żaden z tych dokumentów nie był jednak ani formalnie wysublimowany, ani tematycznie wciskający w fotel.

Festiwal uratował dla mnie cykl Highlights, w którym prezentowane były najświeższe filmy znanych reżyserów amerykańskiego kina niezależnego. Wśród nich na pierwszy plan wybiło się najnowsze dzieło nieszczególnie lubianego przeze mnie Gusa Van Santa – „Restless”. Film to fantastyczny, powiedziałbym wręcz kompletny. Van Sant opowiada nietypową historię miłosną Enocha (kapitalny Henry Cooper) oraz Annabel (bezbłędna ostatnio Mia Wasikowska). On wciąż nie potrafi przejść do porządku dziennie po śmierci swoich rodziców, ma też wyimaginowanego przyjaciela – kamikadze z 2. wojny światowej Hiroshiego. Jej zaś zostało jedynie 3 miesiące życia ze względu na chorobę nowotworową. Bohaterowie odnajdują w sobie bratnie dusze w najmniej oczekiwanym momencie. W tej jakże dramatycznej sytuacji podchodzą do życia w niesłychanie pozytywny sposób. Wiedzą dobrze, że nie wolno im marnować ani sekundy. Paradoksalnie więc marnują je wszystkie w sposób jedynie sobie znany – na rozwijanie rodzącego się uczucia, radość, zabawę. Van Sant od początku wie, że jego historia nie będzie miała happyendu. Nie powstrzymuje go to jednak przed stworzeniem jednego z najbardziej pogodnych, uroczych i mądrych filmów jakie ostatnio widziałem.

Drugi ratunkiem stał się zaś niejaki Billy Wilder, amerykański reżyser urodzony w Suchej Beskidzkiej, polskim mieście, które za jego czasów pozostawało pod zaborem austriackim. W ramach festiwalu zaprezentowano jego 8 klasyków, z których obejrzałem 6. Poza kochanym przez wszystkich „Pół żartem, pół serio”, „Garsoniera” z genialnym Jackiem Lemmonem mnie zauroczyła, niezwykle odważny „Stracony weekend” mną wstrząsnął, zaś wysmakowany, teatralny „Świadek oskarżenia” zachwycił aktorstwem i zaskoczył puentą. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie „Bulwar zachodzącego słońca”. Jak już wcześniej nazwałem film Van Santa, to teraz się powtórzę. Wilder „Bulwarem” stworzył film kompletny, absolutnie niezapomniany, bezbłędny. Kilka scen filmu, ze szczególnym uwzględnieniem ostatniej, wprost zapiera dech w piersiach, a Gloria Swanson i William Holden dają popisowy pojedynek aktorski doprawiony na drugim planie rewelacyjną kreacją wybitnego reżysera Ericha von Stroheima. „Bulwar zachodzącego słońca” to fenomenalne studium narcyzmu, jeden z najlepszych obrazów o przemyśle filmowym.

Już wiemy, że za rok znowu spotkamy się na American Film Festival. Jeśli konkursy swoim poziomem doszlusują do sekcji pobocznych i retrospektyw następny festiwal będzie już na pewno triumfem bezapelacyjnym. Ten był sukcesem, jednak z poważnym zastrzeżeniem dotyczącym programu.

Maciej Stasierski

Related posts

Leave a Comment