Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

„High Life” czyli jak nigdy nie robić kina science-fiction

Claire Denis ponoć czekała kilkanaście lat ze scenariuszem High Life. Po obejrzeniu efektu finalnego jej prac, trzeba powiedzieć jedno – szkoda, że nie odłożyła go na półkę przed przystąpieniem do pracy. Może oszczędziłaby sobie filmowego upokorzenia, a nam dwóch godzin jednego z najbardziej kuriozalnych, żenujących spektakli jakie widziałem w ostatnim czasie.

Trudno opowiedzieć o co chodzi w fabule High Life – mamy mężczyznę, który zajmuje się swoim dzieckiem. Są gdzieś w kosmosie, na statku nie ma innych ludzi. Potem dopiero dowiadujemy się dlaczego i nie jest to wcale interesująca wizja. Claire Denis jest reżyserem bezkompromisowym, w dobrym i złym tego słowa znaczeniu. W High Life ujawnia się ta niedobra strona tej bezkompromisowości. Powodów jest kilka.

Zacznijmy od najprostszego – ktoś wie o czym High Life jest? Jaka jest choćby zarysowana linia fabularna tego filmu? Bo jeśli tak, to chętnie posłucham. Ja widziałem tam zlepek głównie nieudanych, źle wygranych pod względem emocjonalnym, przeszarżowanych, chwilami kretyńskich sekwencji, których treść jest równie pretensjonalna co realizacja.

Weźmy więc może bohaterów. Oni są niekiedy w stanie sami pociągnąć fabułę. Jednak nie tym razem, a powód jest oczywisty – tu nie ma prawdziwych bohaterów. Są zmęczeni nieudolnością reżyserki i jej kompletnie pozbawionymi sensu pomysłami aktorzy, którzy przechadzają się po planie, a wśród których przecież nie brakuje znakomitości. Robert Pattinson już dawno przestał być kojarzony ze Zmierzchem, a coraz bardziej wskazuje się go jako postać dominującą w kinie niezależnym. Juliette Binoche to też uznana marka. Jednak Denis nie ma pojęcia co z nimi zrobić, pozwala im szarżować, pozwala też snuć się bez celu. Nie mam w tym ani krztyny konsekwencji, pomysłu.

Może jest to więc sprawne realizacyjnie? W tym miejscu też nas czeka niespodzianka negatywna. Widać zarówno brak doświadczenia Denis w takim kinie, jak i (nie ukrywajmy tego) brak wielkich środków, które przydałyby się przy realizacji kina science-fiction. To nie te czasy, kiedy Kubrick potrafił niesłychanie kreatywnie budować swoje historie kosmiczne nie wychodząc ze studia – teraz oczekuje się więcej autentyczności. Zabrakło jej mocno w High Life.

Co więc z myślą przewodnią tego filmu? Nie będę udawał, że ją poznałem. Nie będę też udawał, że chciało mi się jej szukać. Po kolejnych sekwencjach, które coraz mocniej wzbudzały we mnie oburzenie, mieszające się z uśmiechem politowania, przestałem szukać jakiegoś celu czy choćby jednego puntku wyjścia dla tej konstrukcji fabularnej. Można uznać, że Claire Denis dała się ponieść swojej wyobraźni – część z Was ten strumień świadomości zaakceptuje. Ja go odrzucam.

High Life w całej swojej pompatyczności lub pretensjonalności, wydaje się być projektem skazanym na porażkę. Nikt chyba nie wierzył w to, że takie kino, przy europejskim budżecie i z europejską wrażliwością Denis, może sie w ogóle udać. Co zresztą państwo za i przed kamerą nam udowodnili – nie udało się. Big Time.

Ocena: 1/10

Related posts

Leave a Comment