Sport 

Po Euro. Co z tym Euro?

Ostatni gwizdek sędziego Pedro Proency zakończył pierwszą w historii naszego kraju wielką imprezę sportową. O EURO 2012 będzie pisało teraz zapewne wielu, więc dlaczego nie ja? A można o tym turnieju, przynajmniej z mojego punktu widzenia, pisać naprawdę w wielu superlatywach. Przynajmniej jeśli zapomni się o nieudanym występie polskiej reprezentacji, która obok Irlandii, Holandii i niestety drugiego gospodarza Ukrainy należała do najgorszych reprezentacji całego turnieju. Nie warto jednak zaczynać od negatywów…

Wśród wielu bohaterów mistrzostw można wymienić kilku w szczególności. Pierwszym są rzecz jasna udanie broniący tytułu Hiszpanie. Mówię to przyznam bez większej satysfakcji, gdyż styl gry a la Barcelona bez Leo Messiego nie należy do moich ulubionych, a tym bardziej działał mi na nerwy, gdy reprezentacja Vicente Del Bosque (który swoją drogą jest chyba najmniej odpowiednim człowiekiem na tym stanowisku) grała przez cały turniej football nudny, męczący nie tylko przeciwnika. Dopiero w finale udało jej się rozwinąć skrzydła w pełni. Przeciwko Włochom pełnię swoich możliwości pokazali wreszcie Andres Iniesta, David Silva czy grający okropny turniej Xavi Hernandez. Największym wygranym wśród Hiszpanów jest jednak bohater drugiego planu Jordi Alba, jedyny poza Silvą, piłkarz spoza tandemu Barcelona-Real w pierwszej jedenastce. Alba, dotychczas piłkarz Valencii, pokazał profesorską grę w obronie, włączając się często w grę ofensywną. Przegranym wśród Hiszpanów pozostaje z kolei wspomniany wyżej Del Bosque, który nie potrafiłby wydaje się stworzyć reprezentacji bez wielkich wpływów Jose Mourinho i Josepa Guardioli. Co ciekawe widzą to chyba wszyscy poza federacją hiszpańską, która przedłużyła kontrakt z byłym szkoleniowcem Realu Madryt. Cóż…ich wybór…już podczas mistrzostw świata było widać, że Del Bosque nie jest Luisem Aragonesem, który potrafił połączyć taktykę z pięknym stylem gry. Przez większość turniej zabrakło tego drugiego.

Finał wiele z tego początkowego zniecierpliwienia Hiszpanami wynagrodzić, ale jednak nie wszystko i duża wina w tym leży na barkach Del Bosque. Drugim wielkim wygranym tego turnieju, mimo porażki finałowej, są Włosi. Być może sukces jest nawet większy niż Hiszpanów, jakby paradoksalnie to nie zabrzmiało. Cesare Prandellemu, bezapelacyjnie najlepszemu trenerowi tych mistrzostw, udało się mimo kłopotów korupcyjnych i związanych ze zdrowiem stworzyć zespół niemal na miarę mistrzostwa Europy, a Andrea Pirlo byłby zapewne ogłoszony najlepszym piłkarzem turnieju, gdyby Azzuri wygrali finał w Kijowie. Prandelli okazał się cudotwórcą, który z jedną ze słabszych włoskich reprezentacji zrobił wielką rzecz, eliminując wydawało się niemożliwych do pokonania Niemców w fantastycznym półfinale. Przy okazji udało mu się utemperować nieco Balotellego, wypromować talent Giorgio Chelliniego oraz przypomnieć wszystkim o klasie Gianluigiego Buffona. W końcu zwycięzcą, mimo braku sukcesów sportowych, należy uznać też gospodarzy, którym udało się zorganizować znakomite mistrzostwa. Wystarczy kilka podstawowych faktów: w jedynie dwóch (co ciekawe obydwu na Ukrainie) meczach nie padły żadne bramki, stadiony były świetnie przygotowanie, strefy kibica pełne. Trzeba wyróżnić też kibiców. Któż z nas nie zakochał się w Irlandczykach, Czechach czy Hiszpanach, którzy wypełniali po brzegi nie tylko trybuny, ale też puby, restauracje, czy ulice naszych miast. Czego chcieć więcej? Oby ten sukces organizacyjny udało się wykorzystać na przyszłość. Oby stadiony nie zmarniały i potrafiły wciąż na siebie zarabiać, a cywilizacyjny skok, który pozostaje niewątpliwy nie zatrzymał się jak Niemcy w meczu z Włochami.

Niemcy pozostają zdecydowanie największym przegranym mistrzostw. Grając, dodajmy dużymi momentami rewelacyjnie, w najtrudniejszej grupie eliminacyjnej, wyszli z niej bez straty punktu. Prognozowano, że Mario Gomez może zostać królem strzelców, a Mesut Ozil największą gwiazdą turniej. Zwycięstwo, bezapelacyjne, z Grekami nie zwiastowało także złego, co miało nadejść w Warszawie. Tymczasem Joachim Loew został zmiażdżony przez zmysł taktyczny Cesare Prandellego. Przypomniały się najgorsze czasy niemieckiej piłki – taktyka na dalekie wrzutki na wysokich zawodników, brak gry kombinacyjnej. Styl gry, o którym wydawało się Niemcy zapomnieli. Czy tę drużynę czekają zmiany? Chyba tak powinna się stać, gdyż Ci zawodnicy mieli właśnie w tym momencie osiągnąć pełnię możliwości. Zabrakło niewiele, ale wciąż zabrakło…tak jak dwa lata temu, i cztery…jak będzie za dwa lata? Innym wielkim przegranym, mimo półfinału Portugalii, pozostaje Cristiano Ronaldo. Tym razem jednak ciężko mówić o porażce indywidualnego zawodnika, który wreszcie spełnił oczekiwania lidera reprezentacji. Szkoda, że nie dołączyli do niego koledzy, a przynajmniej nie zawsze potrafili to uczynić. Zabrakło zimnej krwi w konkursie rzutów karnych z Hiszpanią, do tego stopnia, że świetny Cristiano nie mógł nawet wykonać własnej jedenastki. Rozczarowaniem turniej, już zapewne zapomnianym przez wielu, okazali się też Holendrzy, jako jedyny obok Irlandii zespół pozostając bez punktu. Jednak nie to jest w tym najgorsze, a styl gry, którego Holendrzy byli w praktyce pozbawieni. Zabrakło zgrania, zabrakło siły, zabrakło wszystkiego.

Parę słów jeszcze o naszych…chciałoby się powiedzieć jak zwykle. A jednak ta porażka smakuje nieco inaczej, gorzej z kilku powodów. Po pierwsze byliśmy gospodarzami, więc należało się spodziewać, że pokażemy się w więcej niż w trzech meczach. Po drugie dawno nie mieliśmy w naszym składzie kilku zawodników, nie bójmy się tego powiedzieć, na poziomie światowym, grających w czołowych klubach ligi niemieckiej czy angielskiej. W końcu mieliśmy też najwięcej czasu na przygotowanie się do tych mistrzostw. Przyszło jednak rozczarowanie, którego się spodziewaliśmy, ale żyliśmy nadzieją. Nie zawiedli Lewandowski, Kuba, Tytoń. Kompletnie rozczarowali jednak Obraniak, Murawski, Piszczek, w końcu Smuda, który okazał się trenerem niestety bez psychicznej mocy do przygotowania zespołu na tego typu turniej. Miłość kibica jednak pozostaje ślepa, więc zapewne za kilka miesięcy znów zasiądziemy na Narodowym lub przed telewizorem, aby wspierać Naszych w walce w eliminacjach mistrzostwa świata. I bez znaczenia jest to czy ma to logiczny sens, czy nie. Wszak kibicowanie logicznym być nie tylko nie musi, ale chyba nie może…

Maciej Stasierski

Related posts

Leave a Comment